"Śniegołazy" czy moja selekcja

Dodał Dobry dnia śr., 22/02/2017 - 15:15

Dla wielu z Was, dystans 50 kilometrów to pewnie nie odległość, z której pokonaniem wiąże się tytaniczny wysiłek. Brak realnego ograniczenia czasowego i możliwość samodzielnego doboru sprzętu dodatkowo obniża poziom trudności marszu. Dla mnie udział w opisanym wydarzeniu, dokładnie w tym momencie mojego życia był jednak dosyć obciążający, a to czy uda mi się dotrzeć do końca wyznaczonej trasy warunkowało koniec pewnego jego etapu. 

 

 

Pomysł.

Impreza odbywa się cyklicznie od dobrych sześciu lat. Trasa zawsze wynosi około 50 kilometrów, prowadzi jakimś ciekawszym szlakiem turystycznym Kaszub, aczkolwiek pokonywana jest w nocy, więc nie ma co liczyć na widoki. O tegorocznej edycji, jak i tych wcześniejszych, wiele słyszałem od Tigona (kolegi z grupy pasjonatów, do której należę).  

Gdy po raz pierwszy usłyszałem o pomyśle, wstępnie się zgodziłem pomóc w jego realizacji (to znaczy, zgodziłem się wziąć udział), ale nie myślałem wtedy za wiele, bo termin był odległy, a 50 kilometrów wydawało się "do zrobienia". W końcu nie raz łaziłem z obciążeniem około 20 - 30 kilogramów, repliką broni, a i teren nie był tak przyjazny jak szlaki. Gdy doszło do zapisów ludzie, którzy interesowali się pomysłem wycofali się i tak został tylko Tigon i ja. Miałem wątpliwości, ale nie wypadało zostawić kolegi w obliczu wyzwania. Zastanawiałem się tylko... czy nie będę dla niego większym obciążeniem, niż kiepsko spakowany plecak. 

Przygotowanie.  

Dzień przed wymarszem zrezygnowałem z forsownego treningu na siłowni na rzecz ćwiczeń na bieżni. Nie wiem jednak, dlaczego podkusiło mnie, bym tego właśnie dnia biegał więcej niż zwykle. 7 kilometrów ciągłego biegu to dla mnie dosyć sporo, ale jakoś nie mogłem sobie wybaczyć braku ćwiczeń siłowych, które miałem w planie i musiałem czymś je zastąpić. W dniu marszu miałem w głowie tylko kilka najważniejszych spraw: impregnowanie butów, wybór odpowiedniego ubioru, dostosowanego do pogody (zapowiadano dodatnie temperatury, niemniej nie miały one wykraczać poza 5 dodatnich stopni, wspominano też o opadach) oraz spakowanie odpowiedniej ilości prowiantu.  

Oczywiście wyszedłem z założenia, że lepiej mieć większy plecak, niż wypychać malutki i tak mój softshell, dodatkowy, cienki polar, 1,5 litrowy termos z herbatą oraz dwie czekolady, dwa Snickersy, dwa napoje energetyczne i cztery kanapki wylądowały w Ghostcie (plecak o pojemności 38 litrów) wraz z bukłakiem Sourcea o pojemności 3 litrów. Nie mogłem zapomnieć też o GPSie, stuptutach, nożu i multitoolu oraz latarce czołowej. Gdy to wszystko spakowałem, okazało się, że mój plecak wcale nie jest lekki, a 3 litry wody w bukłaku, który cieknie także sprawy nie naprawia. Zabrałem też IPMEDa z wyposażeniem, bo cholera wie, kiedy się przyda. Stwierdziłem, że Tigon na 100% będzie bardziej obciążony (jako, ze ma w zwyczaju dociążać plecak zabierany na treningi) i nie mam o co się martwić, bo nie będę sam z takim problemem.  

Gdy Tigon zobaczył mnie i zbadał wzrokiem mój pakunek, stwierdził, że zastanawiał się czy nie przestrzec mnie przed nadmiarem dóbr, które ze sobą zabieram. Po "zważeniu" w ręku mojego plecaka doszedł do ostatecznego wniosku, że powinien był to zrobić, bo zdecydowanie przegiąłem. No pięknie. Nim jeszcze wsiadłem do PKMki dowiedziałem się, że popełniłem jeden z większych błędów: przesadziłem z obciążeniem. Co było robić, do domu nie zdążę, a przecież woda mi zejdzie i choć te 3 kilogramy odpadną. Wio! 

 

 

Pierwszym wyzwaniem okazało się znalezienie odpowiedniego peronu; pociąg zajeżdżający na zupełnie inny, niż ten na którym czekaliśmy szybko zweryfikował naszą wiedze i wymusił krótki, acz irytujący sprint z jednego peronu na drugi po schodach. Zdążyliśmy. Po 30 minutach przejażdżki w nader komfortowych warunkach dotarliśmy do Kartuz, miejsca, w stronę którego docelowo będziemy szli, gdy już dotrzemy na start znajdujący się w Sierakowicach.  Po około godzinie kręcenia się w okolicy przystanku PKS Kartuzy wreszcie wsiedliśmy do autobusu i już na dzień dobry strzeliłem jak z armaty:

-Bilet do Skarszew poproszę.

-Dokąd? Skarszew?

-No... tak... albo... zaraz

Śmiech z tyłu i czyjś głos przypomniał mi, że to nie Skarszewy a Sierakowice. Kupiłem odpowiedni bilet i po godzinie drogi w dobrze ogrzewanym PKSie dotarliśmy na start.

Po około 30 minutach kręcenia się w niewielkim tłumie ludzi, którzy także przybyli tam z myślą o marszu, opróżnieniu puszki darmowego RedBulla, gwar przerwała syrena megafonu organizatora. Po krótkim wyjaśnieniu co się z czym tutaj je i gdzie na trasie jest przystanek z ciepłą kiełbachą, a gdzie meta, po pamiątkowym zdjęciu i udzieleniu finansowej pomocy jakiejś organizacji charytatywnej, która przyłączyła się do organizatorów... ruszyliśmy. 

 

 

Pierwsza połowa.

Pierwsze kilometry marszu spędziliśmy na trasie przebiegającej przez same Sierakowice. Trasie asfaltowej. No, nie całkiem, bo szliśmy też chodnikami, ale ogólnie w terenie zurbanizowanym. Po około kilometrze zeszliśmy z tego typu drogi by powoli zacząć marsz wiejską drogą  gruntową. Chwilę przed tym oboje z Tigonem włączyliśmy liczniki kilometrów i - co gorsza - zaczęliśmy odczuwać jakieś dziwne bóle; jego zaczęły "ciągnąć" łydki, mnie zaś bolały uda, które nie były przyzwyczajone do wielokilometrowych biegów, nawet jeśli te biegi miały miejsce na wygodnej bieżni (i wcale nie były takie długie). "Nosz kurwa!", pomyślałem, "To dopiero pierwszy kilometr!". Jak powiedział Bear Grylls (lub inny specjalista) "kiedy idziesz przez piekło, nie zatrzymuj się!" i w myśl tej zasady szliśmy dalej. Po czyimś polu, które na skutek opadów zmieniło się w grzęzawisko, w którym buty więzły, co wymagało dodatkowej siły. Nogi trzeba było oswobadzać z mokrej ziemi co krok. Cholerne błocko. Na szczęście skończyło się szybko, by ustąpić miejsca lepiej wyglądającej trasie przez las, która - mimo śliskiej i zdradliwej nawierzchni - była w jakiś sposób mniej kłopotliwa. Pierwsze 6 kilometrów zleciało nam tak szybko, że sam zdziwiłem się gdy tracker poinformował nas o tym fakcie. Niestety, około 8 klika zacząłem odczuwać obfity obiad, który wraz z moją kochaną dziewczyną skonsumowałem przed marszem. Nie przyjął się najlepiej i co kilkadziesiąt metrów mój brzuch wydawał odgłosy poirytowanego niedźwiedzia. Gdyby to był jedyny kłopot, skończyło by się na śmiechu, niestety odgłosom zaczął towarzyszyć nieznośny ból przechodzący z ćmiącego w ostry dający jasno znak, że moim celem powinna być najbliższa toaleta. Najbliższa toaleta, dobre sobie. Byliśmy właśnie na jakimś pieprzonym podejściu w środku zupełnie ciemnego i nieznanego mi lasu. Na 12 kilometrze. Ratowała mnie myśl, że za około 12 kolejnych będzie leśniczówka, która to na 100% jest wyposażona w sanitariat. Nie myślałem o kiełbasie, bo to mogłoby tylko pogorszyć sytuację, ale obiecane ognisko na pewno pozwoli rozgrzać już nieco zmęczone nogi. Po pokonaniu kolejnych kilku kilometrów i ciągłej walce z skręcającymi się flakami, okazało się... że się w cholerę zgubiliśmy! Tak, zagadaliśmy się na tematy związane z grami mobilnymi i tak, zboczyliśmy z trasy na jakąś nieznaną nam drogę. Na szczęście Garmin Dakota 10 umieszczony na lewym przedramieniu szybko pokazał nam, że wcale nie zeszliśmyy ze szlaku tak daleko i wystarczy przejść jakieś 200 metrów przez nieznaną część lasu by dotrzeć do traktu, którym wiedzie czerwony szlak. Byłoby ok, gdyby nie fakt, że owy nieznany odcinek lasu był unużany w diabelnym, zamarzniętym - na szczęście - bagnie! Lakki Tigon, krzepko przeszedł przez nieprzyjazny grunt suchą stopą, ale mi, mimo śledzenia jego śladów zdarzyło się zapaść kilka razy. Na szczęście stuptuty i impregnat spełniły swoje zadanie. Na trakcie spotkaliśmy uśmiechniętych uczestników marszu pytających nas, czy zboczyliśmy z trasy na kiełbasy. "Na jakie kiełbasy? To jeszcze kawał drogi" pomyślałem odpowiadając, że nie, i że utrudniamy sobie, bo jesteśmy tacy hardcoreowi (taaa...). Brzuch znowu dał się we znaki i pojawiły się myśli o skorzystaniu z paczki chusteczek i jakiegoś ustronnego miejsca w ciemnej głuszy, jednak Tigon stwierdził, że jeśli wytrzymam około 40 minut, powinniśmy dojść do leśniczówki. Postanowiłem zebrać się do kupy (co za trafne określenie...) i ruszyliśmy dalej. Droga zmieniła się w utwardzoną, prowadzącą przez jakąś niewielką wioskę. W marszu do upragnionego półmetka towarzyszyły nam więc zajadle szczekające wiejskie psy nieprzyzwyczajone do widoku piechurów o tak późnych porach. Po przejściu kolejnych kilometrów po raz pierwszy okazało się, że mapa, która dostaliśmy od organizatorów i ta wgrana do mojego GPSa nie zawsze się pokrywają, ale zawsze w końcu doprowadzają do jednego celu. 

Po przejściu 25 kilometrów zaczęliśmy się nieco niepokoić. Nie było widać większych grup "pielgrzymów", żadnego znaku związanego z leśniczówką, a i trasa przed nami znowu zbaczała w dzicz. Spotkany po drodze uczestnik startujący z Kartuz nas oświecił: minęliśmy wypatrywaną leśniczówkę... o ponad 8 kilometrów! 8 pierdolonych klików. Okazało się bowiem, że nazwa miejscowości na półmetku i leśniczówki są takie same, ale wcale nie są one blisko siebie. Oboje nie słuchaliśmy organizatora, nie zwracaliśmy szczególnej uwagi na mapę i... wszystko to się na nas zemściło. Na Tigonie w postaci mojego zawodzenia i obrazu szybko oddalającej się pieczonej kiełbasy, a na mnie, cóż, w postaci wizji opróżniania szalejącego żołądka w zimnym lesie. Kawałek dalej zarządziliśmy postój, podczas którego Tigon poczęstował mnie grzańcem, który grzańcem był już tylko z nazwy. Ja udałem się na stronę co nie przyniosło oczekiwanych rezultatów, ale na szczęście w moim IPMEDzie znajdował się magiczny lek: Stoperan. Tabletki miały zapewnić mi względny spokój przez  resztę marszu. Nie jedliśmy i nie piliśmy za wiele. Ja powoli opróżniałem bukłak z wodą, bardziej by się odciążyć, niż z pragnienia. Jakoś nie to było w naszych głowach. Ból brzucha w coraz mniejszym stopniu maskował narastający ból prawej, chorej nogi (mam, niestety, zakrzepowe zapalenie żył głębokich i żylaki) i to martwiło mnie najbardziej. A przed nami jeszcze 25 kilometrów. To dopiero połowa. 

 

 

Druga połowa.    

Kilka kilometrów od miejsca, w którym "tankowaliśmy" zimnego grzańca i uzupełnialiśmy energię leżało jedno z niewielkich miasteczek, które mieliśmy minąć i okazało się ono miejscem wielce gościnnym. Otóż desperacja wynikająca z ciągle nękającego mnie żołądka popchnęła nas obu (Tigona siłą moich jęków) do pobliskiej "sali bankietowej" (wiejskiej świetlicy, w woli ścisłości), w której paliły się światła i najwyraźniej ktoś się krzątał. Okazało się, że w owym lokalu miało miejsce jakieś wesele, a "wczorajsi" już goście bardzo chętnie udostępnili mi luksusy swojego zaplecza sanitarnego próbując dodatkowo wmusić nam jakieś jedzenie i napitki. Ot, Polska gościnność! Nie skorzystaliśmy z propozycji związanych z poczęstunkiem, skonsumowaliśmy za to praktycznie całą herbatę, którą zabrałem ze sobą, a która była nadal rozkosznie ciepła. Któryś z gościnnych weselników obdarował nas dwoma litrami Pepsi i taką samą ilością soku, które to Tigon przyjął (nie wypadało odmówić, prawda?) i... taszczył ze sobą do samego domu. Co prawda jego plecak nawet z tymi darami nie dorównywał ciężarem mojemu, ale głupi płaci za błędy więc targałem dobytek przez to i kolejne miasteczka. Kilometry mijały nam dosyć szybko, jednak około 35 postanowiliśmy zrobić sobie krótki postój i zasiedliśmy na jednej z ławek przy głównej budowli miasteczka, którego nazwy nie pamiętam: okazałym i dobrze oświetlonym kościele. Jako, że mój telefon był już na granicy rozładowania, a powerbank także oddał wszystko co miał, Tigon poratował mnie swoją słusznych rozmiarów baterią. Zaznaczył, że jego urządzenie zostało pożyczone od jakiejś koleżanki, że ma je z Chin czy innego wątpliwego źródła i że urządzenie to ma funkcję szybkiego ładowania. Ha! Mój telefon też, więc raz - dwa zatankuję energię i będę mógł spokojnie "zdać raport" mojej złej za brak kontaktu ze mną dziewczynie, która zamartwiała się w domu. Gdy tylko podłączyłem telefon do gniazda opatrzonego symbolem szybkiego ładowania... wszystko siadło. Nie, nie telefon. WSZYSTKO! Światła zgasły w całym miasteczku. Sic! Kto by pomyślał. Nasze miny były wtedy bezcenne. Oczywiście powerbank nie miał nic wspólnego z przerwą w dostawie energii do miejscowości, ale zgranie w czasie spowodowało całkiem zabawny odbiór sytuacji. 

W dalszą drogę udaliśmy się w towarzystwie "kijkarzy" z Gdańska i Gdyni, ale po około 5 kilometrach zostawiliśmy ich w tyle. Całą trasę, mimo nasilającego się bólu nóg, pokonaliśmy z prędkością oscylująca w okolicach 5.5 kilometra na godziną. Tigon mówił, że to dobra prędkość, ale ja wiem, że gdyby nie moje niedyspozycje, mógłby spokojnie poprawić ten wynik nie męcząc się przy tym za bardzo. Aby nie było, że tylko mnie spotykały wypadki, po minięciu jednej z niewielkich miejscowości, w lesie, który zapamiętałem ze względu na wybitnie przymarzniętą drogę, Tigon "wywinął orła" i to tak niefortunnie, że oprócz upadku w samym środku kałuży, rozciął sobie dłoń. Gdyby ścigały nas psy gończe (lub, co prawdopodobniejsze biorąc pod uwagę scenerię, wilkołaki), nie miałyby kłopotu z namierzeniem naszej pozycji, bo krew była na śniegu, błocie, okolicznych ściętych kłodach i... na nas obu. Opatrzyłem koledze ranę, która okazała się dosyć małą, tym samym zdobywając pierwsze szlify w roli CLSa, ha! Oczywiście żartuję, tylko nakleiłem mu plaster. Kawałek dalej ponownie się zagubiliśmy, a może i nie? W każdym razie GPS miał swoją wizję trasy, mapa swoją, a uczestnicy marszu swoją. Wybraliśmy wizję innych śniegołazów. Około 40 kilometra szliśmy już w naturalnym świetle dnia. Wtedy też ból prawej nogi zaczął subtelnie wypierać wszelkie inne odczucia i tak co jakiś czas musieliśmy stawać w celu małego "restu systemu". Ostatnie kilometry praktycznie w całości przeszliśmy mijając wioski (trasa prowadziła drogą asfaltową, co akurat nas nie cieszyło, bo zmęczone stopy nie przepadają za asfaltem), a około 7 kilometrów od celu zrobiliśmy mały postój na "telefon do bazy" (do naszych kobiet). Ostatnie setki metrów przed tablicą z napisem "Kartuzy" pokonywałem już automatycznie. Bez emocji, ból gdzieś zniknął, po prostu szedłem. Mój towarzysz niedoli co jakiś czas obracał się, by sprawdzić czy idę. Szedłem. Wiedziałem, że nie poddam się choćbym był zmuszony się czołgać. Zresztą, może to byłoby lepsze? Leżałbym...    

 

 

Meta.

Po dotarciu do tablicy ogłaszającej osiągnięcie celu naszej podróży humory się nam nieco poprawiły. Nie, żeby to było nam potrzebne. Było fajnie, ale dotarcie do celu zawsze działa tak jakoś energetyzująco. 

Czekał nas jeszcze półtora kilometrowy marsz linią brzegową jeziora zlokalizowanego już na terenie Kartuz (nigdy nie zrozumiem jak można łowić na lodzie przy dodatnich temperaturach, a tu... były jeszcze zawody!) i kilometr do dworca PKM. Po opuszczeniu szlaku Tigon zauważył, że moje dłonie napuchły jak balony. Cholera, tego mi jeszcze brakowało na koniec! Tata Ludwiczka (bohater jednej z bajek, które oglądałem w dzieciństwie) powiedziałby pewnie, że ugryzła mnie Bycza Głowa. Na moje szczęście, a nieszczęście kolegi i jemu ręce zmieniły się w dziwne poduszki i tak wiedząc, że nie tylko ja mam ten nietuzinkowy problem, było mi jakoś lżej. Po krótkim postoju okazało się, że nasza PKMka odjeżdża za 25 minut więc musimy się sprężyć i na koniec nieco przyspieszyć, zamiast zwalniać. Chyba, że chcemy czekać godzinę na peronie. Co to, to nie! Byłem zmęczony, ale bardziej zdeterminowany. Chciałem odpocząć, ale już w domu. Tigon proponował jeszcze piwo zwycięstwa (miał dwie puszki cały czas ze sobą, a mnie mówił o zbędnym obciążeniu!), ale to oboje wypiliśmy już w domu. Na pociąg oczywiście zdążyliśmy, ba, mieliśmy nawet zapas czasu. Komfortowa podróż zleciała nam szybko i nim się zorientowaliśmy, byliśmy już w Gdańsku. 

 

 

Śniegołazy były dla mnie wyzwaniem. Nie tylko ze względu na moją podłą kondycję fizyczną czy problemy z nogą (które zresztą skończą się zabiegiem chirurgicznym). Głównym wyzwaniem było to, by się nie poddawać i... by po prostu spróbować. Wiedziałem, że jeśli nie dam rady, nie będę mógł rozwijać się dalej w granicach mojej pasji. Dobry sprzęt, fajne umundurowanie czy skomplikowane procedury są fajne, ale ja chcę czegoś więcej. Nigdy nie będę żołnierzem, nigdy nie zbliżę się nawet do prawdziwego poziomu naszych specjalsów czy to ze względu na zdrowie, czy - już - wiek. Ale nie oznacza to, że nie będę próbował. Dla mnie airsoft to za mało. Ja szukam w tym wyzwań i teraz wiem, że mogę je podejmować nawet, jeśli zdają mi się daleko poza moimi możliwościami. Bo te możliwości zależą w większości od barier jakie ustawimy sobie sami, w naszych głowach. Ja pokonałem kilka moich.

Za rok tez spróbuję. I za kolejny rok. I dalej. Wam tez polecam!

Komentarze

Obrazek użytkownika Trzmiel

Gratulacje da Was chłopaki!

"Semper Fi"

Obrazek użytkownika Gorman

Również szacun, robi wrażenie wyzwanie, świetny opis.

The Only Easy Day Was Yesterday

Obrazek użytkownika Dobry

Za rok też chodźcie! Serio, to fajne doświadczenie i na 100% dacie radę.

Ostatnio zaktualizowane tematy

Nowe odpowiedzi na forum